



WRZESIEŃ – PAŹDZIERNIK 2017 / CZERWIEC – LIPEC 2019 / WRZESIEN-PAZDZIERNIK 2019




Tak zasypialiśmy.
Ta kreseczka to ogień między płytą a korpusem pieca. Zna m osoby uzależnione od tej podczerwieni.
Ohyda.

Tak się budziliśmy.
W nocy ściągnąłem z siebie dres bo mnie podczerwień zaatakowała.

Ktoś mi mówił, że psy podobno nie zdają sobie sprawy ze swojej wielkości.

Nie zgadzam się z tym.
Dyzio wie, że jest Wielki.

Fabrizio jest w moim wieku.
Jest naprawdę przyjazny, czy też przyjacielski. Nie chciałem śniadania.
Jesteśmy sami w tej posiadłości. Pomimo tego zostawił nam paczkę na stole przed domkiem.

Tak za dnia wygląda to miejsce.
Klacz już do nas idzie.

Nad tą doliną.
(Nasz dom widać nawet na górze z lewej).

Fabrizio ma tutaj old- i young- timery.
W codziennym użytku. Dziś jednym jeździł i kosił trawę na dole, w dolinie.




Klacz szła do nas, a Dyzio udawał (jak się później okazało) brak zainteresowania.

Szukaliśmy grzybów.
Spotkaliśmy kilka osób z torbami prawdziwków.
Nic z tego, tutaj też trzeba umieć szukać a las jest dla nas nowy.
Dęby rosną tak:

A tak rośnie w lesie coś czego jeszcze nie widziałem:

Kilometr powyżej naszego domu jest taki obiekt.

Sprawdziliśmy czy w garażu nie stoi zakurzone Ferrari 250 GTO z 63 roku.
Nie stoi. Ulżyło mi trochę, że nie muszę kupować tej posiadłości.

Wspominałem o zniszczonych drogach.
Z bliska tak wyglądają. Można lubić MR2 za to, że jeździ po tych nawierzchniach bez problemu.

I nie dziwić się popularności Fiata Pandy 4x4. Widać z tyłu technikę steyr-daimler-puch.
Tę chcę mieć!

Po powrocie ze spaceru Dyziek stał pod drzwiami.
Nie dlatego, żeby chciał siusiać. Chciał do klaczy. Lubię bardzo te międzygatunkowe relacje i sam z nich korzystam.

Klacz czekała.

Ja też się nie powstrzymałem.
Zioła się suszą na podłodze garażu i ten biały proszek.
Czuję wewnątrzgatunkową wspólnotę z Fabrizio.

To jest piękne i przyjazne miejsce.


Ten domek w którym mieszkamy tak kiedyś wyglądał.

Fabrizio rozpalił kozę.
Dopada nas podczerwień. Znów będę spał goły. Z Dyziem.
Żywy ogień i relacje międzygatunkowe.
Ohyda!


Nie mam ze sobą zakwasu!


Kominek z piekarnikiem etc..

Drogi tutaj też proste nie są.
I dobrze. Nie wymyśliłbym tego.
Nie wiem gdzie jesteśmy, ale trafienie tutaj z Castelnuovo ne’Monti zajęło kolejną godzinę. Mapa nie znajduje tego miejsca. Ale pokazuje tak:


Dom był pusty, ale telefon ma zasięg.
Fabrizio przyjechał po kwadransie i dał nam klucze.
Do naszego domku.



Uciekliśmy od gorąca w góry.
W kozie już było napalone. To najcieplejsze miejsce w jakim będziemy spać w tej podróży. Do rana najcieplejsze.

Droga była bardzo zadowalająco kręta!

Na poprzednim odcinku spotkaliśmy jadącą z przeciwka wycieczkę trzech nowych Lamborghini. To pewnie jedna z niewielu dróg, po których jest sens jeździć tym samochodem. Kręta, szeroka i równa. Ten bolid ma przeszło 2 metry szerokości. Nasz aktualny odcinek jest pełen dziur, czasem trę podwoziem. Te drogi zsuwają się ze zboczy. Nie wspominając, że szerokość często ledwo łapie tylne koła MR2. Spotkane z przeciwka samochody cofają się do najbliższej zatoczki, lub my się cofamy.
Na stromych podjazdach czasem ślizgają się tylne koła. Przed nieznanymi zakrętami redukcja do dwójki jest dobra, nawet jak tył się ślizga. Hamowanie nie byłoby szczęśliwe. Część zakrętów jest mokra. Na tym odcinku byliśmy najszybsi, ze średnią ok. 40kmh.

Lambo jest cool, ale najczęściej spotykanym tutaj i w ogóle we Włoszech jest Fiat Panda. Dla mnie kolejny motoryzacyjny symbol tego kraju. O tyle mi bliski że model z napędem na cztery koła był dostarczany przez Steyr-Daimler-Puch. Ostatni rocznik chyba 2003. Myślę od dawna o tym samochodzie. W przerwach w myśleniu o Lambo.

Wjechaliśmy na 1500 m.n.p.m.

A potem wyżej.

Po wczorajszych doświadczeniach, zrobiłem rezerwację na następną noc w miejscu, które przynajmniej na mapie, wygląda na oddalone od cywilizacji:
Castelnuovo ne'Monti.
GPS wskazał za prostą drogę.
Natomiast droga do Castelnuovo di Garfagnana, wyglądała już zachęcająco krzywo.

W domu Pazzich nie zjedliśmy śniadania.
Capuccino gdzieś w drodze.
Spotkanie na stacji benzynowej z zaprzyjaźnioną firmą.

Dyzio przy wejściu do Castelnuovo di Garfagnana.

Dyzio przy głównym placu, przed lodziarnią.
(W lewym dolnym rogu).

Obejrzeliśmy uważnie sklep z pamiątkami, myśląc o prezentach dla naszych bliskich...


Odpoczęliśmy na ławce.

Pożegnaliśmy bramy miasta.
Tradycyjnie już w tej podróży.


Architektur aktuell.
Już poza murami obronnymi.
Za taki projekt w Polsce niektórzy płacą.
Powstrzymam się od przykładów.
Tutaj pewnie trzeba zapłacić za to, żeby nie powstał.

Przed każdym budynkiem, w chodniku, są tabliczki marmurowe.

Rano dom Pazzi jest mniej straszny.
Dlatego, że się z nim żegnamy!
Szklarnie wyglądają na szklarnie, ale Dyzio ma wątpliwości. Ja też.

W Toskanii pogryzły mnie komary, spuchła mi powieka, spaliła mi się twarz
w drodze.
Może dlatego, że mój sztyft przeciwsłoneczny jest z wyprawy na Kubę z 2011? (!)

Pakujemy się i uciekamy stąd.

Pojechaliśmy zatem dalej.
Do Monte Carlo. Koło Lucca.

Tutaj przenocujemy. Pomimo wszystko.
Przed naszym pokojem jest droga i są szklarnie.
Dom i poniekąd sympatyczny właściciel kojarzą mi się z Hannibalem (Lecterem).
Właściciel nie nazywa się Pazzi.
Zostajemy.

Dla odważnych odcinek "Archiektur aktuell"

Odważny, to jest Dyziek.
Umarłbym tutaj ze strachu bez niego.
Pocztówka na dziś.

Po godzinie poszukiwania naszego nowego noclegu koło Pizy, zarezerwowanego przez Andrea, trafiliśmy.
Na jakąś budę na przemysłowych przedmieściach.
Szczęśliwie nie dało się do niej dojechać, bo mostek na kanale był zerwany. Gdyby nie to, pewnie byśmy tu nocowali. Jesteśmy w drodze sześć do ośmiu godzin dziennie i to jest dla mnie wysiłek.
Nie dało się zawrócić. MR2 zawiesiła się na podwoziu przy zjeździe z asfaltu.


Nie jadę do Sieny i Florencji ale miałem chęć na zdjęcie z Dyziem z jakimś włoskim symbolem.
Chciałem, to mam. Nawet dwa.
Nawet dwa symbole. Capuccino i wieżę.

Bez capuccino.

Chciałem się skromnie włączyć, z otwartym dachem i Dyziem wyglądającym przez przednią szybę, w sznur Ferrari, Lotusów i Lambo na bulwarze w Livorno.
Ale coś musiałem pomylić w fantazjach.
Bulwar pusty a sznur samochodów dostawczych jest do dyspozycji.


Miejsc parkingowych brak. Zostawiłem samochód na parkingu dla Guardia di Finaza. Miałem u nich pilną sprawę do załatwienia.
Potrzebowałem się wysikać.

...mam nadzieję.
Zaczął się spacerem. Tym razem ja wiem więcej o podejściu do twierdzy.
Miód z tej pasieki mamy na śniadanie.
I co z tego? Dyzio miodu nie je. Pogonił za to miejscowego kota.

Oliwa jest też z tych gajów wokół domu, jak mówi Andrea.
Staram się w to nie wierzyć. Jest w butelce z nalepką L'Olia di Peretti.
Peretti to nazwa tej hacjendy, ale Andrea, który jest właścicielem nazywa się inaczej. Pozostaję z rezerwą. Oliwa była dobra.

Andrea zarezerwował nam przed wyjazdem następny nocleg na trasie.
Pojechaliśmy ponownie nad morze. Ciągnie mnie do wody.
Tym razem do Livorno.

Ostatni odcinek.
Gdzieś w Toskanii jesteśmy.

Capuccino było na stacji benzynowej, po drodze.

Pampa.



Ale z ogródka przed naszym pokojem mamy widok na figi, oliwki, palmę, pinię i zachód słońca. Trochę się tym brzydzę. Tym bardziej, że oliwki jeszcze gorzkie a figi niedojrzałe.

Buonanotte.

Pojechaliśmy do morza;
przez Ortobello na wyspę do portu San Stefano i z powrotem na ląd do Albinii.


Pocztówka.

Jak pisałem; ominiemy Rzym.
Pojechaliśmy z Viterbo do Bagnoregio, ponownie niejako przypadkiem.

Dojść tam i wrócić było dla mojej miażdżycy wezwaniem.
Dla Dyzia mniejszym; ale to ma niestety szansę się wyrównać kiedyś...



Mój symbol Włoch, Piaggio, pracuje też tutaj.

A mieszkańcami są Rzymianie, jak poznaję po tablicach rejestracyjnych.

Dyzio tablic jeszcze nie rozpoznaje ale kwiaty tak. (Jak Fernando)
Też wącham w tej podróży; nie tylko kwiaty. Dyzio też nie tylko kwiaty wącha.


Nie chcę capuccino w tym miejscu.
Chcę spokojną kawę z Dyziem.

Ale polecam nieruchomość.

Kontakt:

Wychodzimy z zamku z nadzieją powrotu do samochodu...
Gorąco i daleko.

Jesteśmy około 15km za Viterbo. Nie chciałem dziś stąd wyjeżdżać.
Potrzebujemy odpocząć po długiej trasie i to jest właściwe miejsce.
Poranna pocztówka.
Są pyszne. jutro rano zbierzemy ponownie i weźmiemy na drogę.

Te Piaggio są dla mnie symbolem Włoch.
Tutaj pracuje ich wiele.


Murek komórki z tufu wulkanicznego.
Tutaj wszytko jest zbudowane z tufu. To jest skała osadowa a nie wylewowa jak lawa, niemniej pamiętam, że Tatuś Muminka chciał mieć przycisk z lawy na biurko. Mam to zabrać?


Nigdy nie lubiłem brzoskwiń.
Do dzisiaj. Te zabrane spod drzew są nowym doświadczeniem. Znalazłem dwa gatunki: Koksy i Szarą Renetę (chyba). Te podobne do Koksów znam, Szara Reneta jest objawieniem.



Rozwiązana tajemnica zielonych i czarnych oliwek.
Czarne prosto z drzewa udało mi się kiedyś jeść na Sycylii. Były już całkiem pomarszczone i tłuste.

Takie miejsce.
Cyprysy, gaje oliwne, winnice, brzoskwinie, plantacje kivi i śliwki.
Nie chce mi się stąd wyjeżdżać.

Na polach oglądam takie widoki.
Nie wiem co to jest. Myślę, że zabudowania z czasów latyfundiów. Styl i sposób budowy i murowania ścian i łuków podobny jak w halach na Forum Trajana. Czyli zbudowane około 2000 lat temu. Zawsze robi na mnie wrażenie obcowanie z tak dawną historią. Tym bardziej na polu, koło domu w którym nocuję.
...i dojechaliśmy tutaj.




Dach był otwarty.
Pojechaliśmy dalej do Viterbo.
Nie chciałem jechać do Rzymu tylko po to żeby zrobić zdjęcie tablicy "ROMA".
Szkoda mi na to czasu i pogody. Te brakujące do 1000 mil kilometry nadrobimy pewnie w Toskanii.

Tunele i tunele, O ho, ho! Za falą fala mknie! O ho, ho! Trzymajcie się dziewczyny! Ale wiatr, ósemka chyba dmie!

Wjechaliśmy jak zwykle bez GPS, spytałem pana z fajką o hotel, ale nie było miejsc.
To miasto nas nie chciało.
Wjazd do Rieti kojarzy mi się z książką z dzieciństwa.
"Misiołek".

Myślałem, że to miejscowość bez struktury i centrum.
Na wszelki wypadek, przed wejściem do miasta, zrobiłem Dyziowi zdjęcie w bramie pozostałej po murach obronnych.

Pomyłka.
To jest bajkowe miasto nad rzeką, z zabytkowym centrum na wzgórzu i nie ubogą ofertą.
Dyzio to zauważa.


Ja też zauważam.



Bez komentarza.

Pocztówka.

Lubię bardzo tunele.

Czarodziejski wjazd do Perugi.

Wyłączam GPS zawsze przed wjazdem do miasta. Włączam intuicję.
Wybraliśmy pierwszy wjazd, który oferował najmniejszą możliwą szerokość.

Wjechaliśmy gdzieś przypadkiem w dolne stare miasto i musieliśmy wspiąć się do centrum. Żadnych turystów w tym rejonie. Zdjęć nie warto robić. To jak strzelanie do kaczek w fontannie. Każde jest pocztówką.

Robię moje pocztówki.

Nasze capuccino.
Tej Pani przeniosłem herbatę i rogalik do naszego stolika, bo chciała usiąść w słońcu.


Ślub w Perugii...
Sukienkę tej druhny chcę mieć! ( I te szpilki ).


Mam tremę.
Otwieramy dach po raz pierwszy. Możliwość i pogoda zmuszają.
To nie może być prawda.
Wyjazd z tego miejsca jest węższy niż wjazd. Nasz samochód jest szerszy z tyłu, nie ma co próbować składania lusterek. To jest oczywiście jednokierunkowy przejazd.

Wyjechaliśmy już nieprzypadkowo. Z upranym płaszczykiem.
O 9:17.

Nie znam lepszego Pilota, chociaż rano trzeba go wyciągać z łózka za nogę.

Przyjazne było dla nas to miejsce, chociaż obiecanego śniadania w barze za rogiem nie było. Bar był zamknięty. A w hotelu w ogóle nie ma obsługi.
Ma cały czas otwarte drzwi i jest pusty aż do wieczora, kiedy otwiera restaurację. Poza tym klienci obsługują się samodzielnie.

Plan na dziś był: Dojechać przez Perugię do Rieti.
Wjechaliśmy przypadkowo.

Ale właściwie.
W renesansowe miasto, które jak mniemam z planu, było twierdzą.

W naturze to widać. Zdjęcia dwóch stron murów.


I dobrze wylądowaliśmy. Na podwieczorek.

A do hotelu na kolację. Na Dyzia kolację, jak widać.

Luca pokazał nam średniowieczne sztandary swojej hiszpańskiej rodziny. Mogliśmy porozmawiać w miarę swobodnie, chociaż tutaj Włosi nie mają problemu z moim narzeczem.

... do Sansepolcro.

... przez pampę!
Ne do wiary jak te drogi są kręte i złe. Brakuje na nich często asfaltu,
bo usuwają się z grani na boki. To jest trasa dla Landrovera.

Zjechaliśmy z pampy.
W tunele. Te też bardzo lubię.

Pojechaliśmy dalej.
Dyzio wyspał się w drodze i uaktywnił na miejscu.

On pasuje do tej republiki. Może nie był oczekiwany, ale był zauważany.


I zauważał.

Jest bywalcem.