Przeskocz do treści

Rano podzieliłem trasę na małe odcinki.
Wollten uns ueberraschen lassen.

Droga do Salo, po zachodniej stronie jeziora, nieatrakcyjna, między jakimiś Outletami i innym Grosshandel.
Ale góry w tle naprzeciw.
W Salo wjechaliśmy jak często, w bok, najwęziej jak się dało.
I tak szeroko.

I dojechaliśmy na bulwar.
Na cappuccino.

Wiem, nie powinienem. Dyzio jest alergikiem.
Ale muszę się z nim dzielić choć trochę takimi przyjemnościami.

Mea Culpa.

Dyzio w Salo.

Akurat do willi, niedaleko, przyleciał helikopter.

Brzydzi mnie ten luksus.
Dyzio zainteresowany. Musimy porozmawiać!

Spacerujemy po bulwarze i dajemy się oglądać.
Dyzia zacumuję do pachołka później. Na pocztówce.

Nie jesteśmy tutaj sami.
Psów jest na bulwarze wszelki i przyjazny dostatek.

Niektóre też w podróży.

Dyzio chce płynąć na drugą stronę Lago di Garda.

Ja bym wybrał te jednostki!
Nie kocham motorówek, ale tę bym pokochał.

Tę tym bardziej, ale Dyzio, nie przekonany.

A najbardziej tę!
To jest ten luksus, który nie napawa mnie wstrętem w tym ambiente.
Ale z MR2 się na tę jednostkę nie zabierzemy.

Ta cała trasa 1000 mil (+) była potrzebna tylko po to, żebym się dowiedział, że mogliśmy tutaj spędzić ten miesiąc.
Na jeździe z otwartym dachem po bulwarach 5kmh, jedzeniu ciastek i pokazywaniu się w towarzystwie innych psów.
Żegnamy się z Salo.

Dojazd z Brescii do naszego miejsca noclegu zajął kolejną godzinę.
Jesteśmy blisko Lago di Garda. Jest zimno.

Też strasznie tutaj trochę jest, ale wspominam dom Pazzich i nie boję się.
Jestem z Dyziem.

Mariagrazzia dała nam pokój z widokiem na zieleń.
Zaraz za zielenią mamy głośną autostradę i linię kolejową.

Pomimo zimna, hałasu i wskazówek Mariigrazii, która wysyła nas na plażę (!),
idziemy na wieczorny spacer w przeciwnym kierunku.

Trafiamy na takie przedsiębiorstwo.
Może jestem nadwrażliwy po dwóch spokojnych dniach w górach, ale to miejsce też trochę straszy.

Może mnie straszy.
Dyzio jak zawsze i w każdej sytuacji pozostaje bez cienia obaw.

Mamy niepotrzebny sejf i ładnie pomalowany pokój.

Ale Dyzio wybiera swoje podróżne legowisko.
Mam też spać w śpiworze na podłodze?!

Na wieczornym spacerze przed spaniem znajdujemy tutaj taki obiekt.
A narzekam na brak zabytków w tym rejonie.
Zbadamy go rano.

To miasto jest zawsze punktem startu Mille Migila.
Byliśmy już osiem godzin w drodze ale nie chciałem go w tej trasie ominąć.
Droga podobnie trudna jak na poprzednim odcinku a o 19tej byliśmy umówieni z Marizgrazzia w naszym kolejnym miejscu noclegu. To jest jednak dla nas też rajd na regularność. W mieście tłok i brak parkingu. Zrobiłem to zdjęcie "pro forma" i pojechaliśmy dalej.

Zapomniałem!
Wczoraj Fabrizo przyniósł nam świeży kruszony parmezan w aceto balsamico.

Droga jest podła.
Tłok, korki i zapach świńskiego łajna zamiast czystych krów i końskich jabłek. Krajobraz płaski i nudny.
Musieliśmy zboczyć z drogi, żeby obejrzeć tę atrakcyjną nieruchomość obok klasztoru. Obejrzeliśmy z bliska, ale nie odważyłem się wejść i szukać Ferrari. Chcę jednak wrócić z Dyziem cały do domu.

W Parmie mieliśmy godzinę na wizytę w mieście.
Nie umiałem użyć parkomatu i jakiś pan pomógł mi wrzucając moje 1 euro i naciskając enter. Tak zostało i dobrze, bo czas nam się kurczył.

Dyzio przed baptisterium.

My z Dyziem też jesteśmy parą.

To było szybkie capuccino.
Czas parkowania się kończył.

Dyzio na tle baptisterium.
Czy on się naprawdę martwi, że nie nie jest ochrzczony?
Musze to skonsultować i powstrzymać się od dalszych komentarzy.

Raczej nie.
Wcześniej obejrzał ten mural i się zasmucił.
Tęskni za klaczą a ja go rozumiem.

Spacerowaliśmy jeszcze przed północą.
Trudno jest nam się rozstać z tym miejscem. Fabrizio zapłaciliśmy wieczorem, bo rano jedzie gdzieś do pracy. Zapłaciliśmy, jak okreslił, "siziliano", tzn. gotówką i dał nam discont. Nie on pierwszy.
Fascynują mnie zawsze te dalekie nocne światełka.

Te bliskie też lubię, w powrocie do ciepłego domu.

Brzydzę się trochę tymi skłonnościami, ale dołożyłem do kozy ostatni kawałek grabiny koło trzeciej nad ranem. Podobne zdjęcie poziomej kreski już było.

Dyzia to raczej nie brzydzi.
Nie można go wyciągnąć z ciepłego łóżka.

Ale jak już wstanie.
Był już siusiać, ale on chce iść do klaczy.

Klacz też chyba czekała na Dyzia.

Fabrizio ponownie zostawił na stole przed domem śniadanie, którego nie zamawialiśmy.

Romantyczny jestem wyjątkowo w tym miejscu.
Czas stąd znikać.

Tak zasypialiśmy.
Ta kreseczka to ogień między płytą a korpusem pieca. Zna m osoby uzależnione od tej podczerwieni.
Ohyda.

Tak się budziliśmy.
W nocy ściągnąłem z siebie dres bo mnie podczerwień zaatakowała.

Ktoś mi mówił, że psy podobno nie zdają sobie sprawy ze swojej wielkości.

Nie zgadzam się z tym.
Dyzio wie, że jest Wielki.

Fabrizio jest w moim wieku.
Jest naprawdę przyjazny, czy też przyjacielski. Nie chciałem śniadania.
Jesteśmy sami w tej posiadłości. Pomimo tego zostawił nam paczkę na stole przed domkiem.

Tak za dnia wygląda to miejsce.
Klacz już do nas idzie.

Nad tą doliną.
(Nasz dom widać nawet na górze z lewej).

Fabrizio ma tutaj old- i young- timery.
W codziennym użytku. Dziś jednym jeździł i kosił trawę na dole, w dolinie.

Klacz szła do nas, a Dyzio udawał (jak się później okazało) brak zainteresowania.

Szukaliśmy grzybów.
Spotkaliśmy kilka osób z torbami prawdziwków.
Nic z tego, tutaj też trzeba umieć szukać a las jest dla nas nowy.
Dęby rosną tak:

A tak rośnie w lesie coś czego jeszcze nie widziałem:

Kilometr powyżej naszego domu jest taki obiekt.

Sprawdziliśmy czy w garażu nie stoi zakurzone Ferrari 250 GTO z 63 roku.
Nie stoi. Ulżyło mi trochę, że nie muszę kupować tej posiadłości.

Wspominałem o zniszczonych drogach.
Z bliska tak wyglądają. Można lubić MR2 za to, że jeździ po tych nawierzchniach bez problemu.

I nie dziwić się popularności Fiata Pandy 4x4. Widać z tyłu technikę steyr-daimler-puch.
Tę chcę mieć!

Po powrocie ze spaceru Dyziek stał pod drzwiami.
Nie dlatego, żeby chciał siusiać. Chciał do klaczy. Lubię bardzo te międzygatunkowe relacje i sam z nich korzystam.

Klacz czekała.

Ja też się nie powstrzymałem.
Zioła się suszą na podłodze garażu i ten biały proszek.
Czuję wewnątrzgatunkową wspólnotę z Fabrizio.

To jest piękne i przyjazne miejsce.

Ten domek w którym mieszkamy tak kiedyś wyglądał.

Fabrizio rozpalił kozę.
Dopada nas podczerwień. Znów będę spał goły. Z Dyziem.
Żywy ogień i relacje międzygatunkowe.
Ohyda!

Nie wiem gdzie jesteśmy, ale trafienie tutaj z Castelnuovo ne’Monti zajęło kolejną godzinę. Mapa nie znajduje tego miejsca. Ale pokazuje tak:

Dom był pusty, ale telefon ma zasięg.
Fabrizio przyjechał po kwadransie i dał nam klucze.
Do naszego domku.

Uciekliśmy od gorąca w góry.
W kozie już było napalone. To najcieplejsze miejsce w jakim będziemy spać w tej podróży. Do rana najcieplejsze.

Droga była bardzo zadowalająco kręta!

Na poprzednim odcinku spotkaliśmy jadącą z przeciwka wycieczkę trzech nowych Lamborghini. To pewnie jedna z niewielu dróg, po których jest sens jeździć tym samochodem. Kręta, szeroka i równa. Ten bolid ma przeszło 2 metry szerokości. Nasz aktualny odcinek jest pełen dziur, czasem trę podwoziem. Te drogi zsuwają się ze zboczy. Nie wspominając, że szerokość często ledwo łapie tylne koła MR2. Spotkane z przeciwka samochody cofają się do najbliższej zatoczki, lub my się cofamy.
Na stromych podjazdach czasem ślizgają się tylne koła. Przed nieznanymi zakrętami redukcja do dwójki jest dobra, nawet jak tył się ślizga. Hamowanie nie byłoby szczęśliwe. Część zakrętów jest mokra. Na tym odcinku byliśmy najszybsi, ze średnią ok. 40kmh.

Lambo jest cool, ale najczęściej spotykanym tutaj i w ogóle we Włoszech jest Fiat Panda. Dla mnie kolejny motoryzacyjny symbol tego kraju. O tyle mi bliski że model z napędem na cztery koła był dostarczany przez Steyr-Daimler-Puch. Ostatni rocznik chyba 2003. Myślę od dawna o tym samochodzie. W przerwach w myśleniu o Lambo.

Wjechaliśmy na 1500 m.n.p.m.

A potem wyżej.

Po wczorajszych doświadczeniach, zrobiłem rezerwację na następną noc w miejscu, które przynajmniej na mapie, wygląda na oddalone od cywilizacji:
Castelnuovo ne'Monti.
GPS wskazał za prostą drogę.
Natomiast droga do Castelnuovo di Garfagnana, wyglądała już zachęcająco krzywo.

W domu Pazzich nie zjedliśmy śniadania.

Capuccino gdzieś w drodze.

Spotkanie na stacji benzynowej z zaprzyjaźnioną firmą.

Dyzio przy wejściu do Castelnuovo di Garfagnana.

Dyzio przy głównym placu, przed lodziarnią.
(W lewym dolnym rogu).

Obejrzeliśmy uważnie sklep z pamiątkami, myśląc o prezentach dla naszych bliskich...

Odpoczęliśmy na ławce.

Pożegnaliśmy bramy miasta.
Tradycyjnie już w tej podróży.

Architektur aktuell.
Już poza murami obronnymi.

Za taki projekt w Polsce niektórzy płacą.
Powstrzymam się od przykładów.
Tutaj pewnie trzeba zapłacić za to, żeby nie powstał.

Przed każdym budynkiem, w chodniku, są tabliczki marmurowe.

Pojechaliśmy zatem dalej.
Do Monte Carlo. Koło Lucca.

Tutaj przenocujemy. Pomimo wszystko.
Przed naszym pokojem jest droga i są szklarnie.
Dom i poniekąd sympatyczny właściciel kojarzą mi się z Hannibalem (Lecterem).
Właściciel nie nazywa się Pazzi.
Zostajemy.

Dla odważnych odcinek "Archiektur aktuell"

Odważny, to jest Dyziek.
Umarłbym tutaj ze strachu bez niego.
Pocztówka na dziś.

Po godzinie poszukiwania naszego nowego noclegu koło Pizy, zarezerwowanego przez Andrea, trafiliśmy.
Na jakąś budę na przemysłowych przedmieściach.
Szczęśliwie nie dało się do niej dojechać, bo mostek na kanale był zerwany. Gdyby nie to, pewnie byśmy tu nocowali. Jesteśmy w drodze sześć do ośmiu godzin dziennie i to jest dla mnie wysiłek.
Nie dało się zawrócić. MR2 zawiesiła się na podwoziu przy zjeździe z asfaltu.

Chciałem się skromnie włączyć, z otwartym dachem i Dyziem wyglądającym przez przednią szybę, w sznur Ferrari, Lotusów i Lambo na bulwarze w Livorno.
Ale coś musiałem pomylić w fantazjach.
Bulwar pusty a sznur samochodów dostawczych jest do dyspozycji.

Miejsc parkingowych brak. Zostawiłem samochód na parkingu dla Guardia di Finaza. Miałem u nich pilną sprawę do załatwienia.
Potrzebowałem się wysikać.

...mam nadzieję.
Zaczął się spacerem. Tym razem ja wiem więcej o podejściu do twierdzy.
Miód z tej pasieki mamy na śniadanie.
I co z tego? Dyzio miodu nie je. Pogonił za to miejscowego kota.

Oliwa jest też z tych gajów wokół domu, jak mówi Andrea.
Staram się w to nie wierzyć. Jest w butelce z nalepką L'Olia di Peretti.
Peretti to nazwa tej hacjendy, ale Andrea, który jest właścicielem nazywa się inaczej. Pozostaję z rezerwą. Oliwa była dobra.

Andrea zarezerwował nam przed wyjazdem następny nocleg na trasie.
Pojechaliśmy ponownie nad morze. Ciągnie mnie do wody.
Tym razem do Livorno.

Ostatni odcinek.
Gdzieś w Toskanii jesteśmy.

Capuccino było na stacji benzynowej, po drodze.

Pampa.

Ale z ogródka przed naszym pokojem mamy widok na figi, oliwki, palmę, pinię i zachód słońca. Trochę się tym brzydzę. Tym bardziej, że oliwki jeszcze gorzkie a figi niedojrzałe.

Buonanotte.

Jak pisałem; ominiemy Rzym.
Pojechaliśmy z Viterbo do Bagnoregio, ponownie niejako przypadkiem.

Dojść tam i wrócić było dla mojej miażdżycy wezwaniem.
Dla Dyzia mniejszym; ale to ma niestety szansę się wyrównać kiedyś...

Mój symbol Włoch, Piaggio, pracuje też tutaj.

A mieszkańcami są Rzymianie, jak poznaję po tablicach rejestracyjnych.

Dyzio tablic jeszcze nie rozpoznaje ale kwiaty tak. (Jak Fernando)
Też wącham w tej podróży; nie tylko kwiaty. Dyzio też nie tylko kwiaty wącha.

Nie chcę capuccino w tym miejscu.
Chcę spokojną kawę z Dyziem.

Ale polecam nieruchomość.

Kontakt:

Wychodzimy z zamku z nadzieją powrotu do samochodu...
Gorąco i daleko.

Jesteśmy około 15km za Viterbo. Nie chciałem dziś stąd wyjeżdżać.
Potrzebujemy odpocząć po długiej trasie i to jest właściwe miejsce.

Poranna pocztówka.
Są pyszne. jutro rano zbierzemy ponownie i weźmiemy na drogę.

Te Piaggio są dla mnie symbolem Włoch.
Tutaj pracuje ich wiele.

Murek komórki z tufu wulkanicznego.
Tutaj wszytko jest zbudowane z tufu. To jest skała osadowa a nie wylewowa jak lawa, niemniej pamiętam, że Tatuś Muminka chciał mieć przycisk z lawy na biurko. Mam to zabrać?

Nigdy nie lubiłem brzoskwiń.
Do dzisiaj. Te zabrane spod drzew są nowym doświadczeniem. Znalazłem dwa gatunki: Koksy i Szarą Renetę (chyba). Te podobne do Koksów znam, Szara Reneta jest objawieniem.

Rozwiązana tajemnica zielonych i czarnych oliwek.
Czarne prosto z drzewa udało mi się kiedyś jeść na Sycylii. Były już całkiem pomarszczone i tłuste.

Takie miejsce.
Cyprysy, gaje oliwne, winnice, brzoskwinie, plantacje kivi i śliwki.
Nie chce mi się stąd wyjeżdżać.

Na polach oglądam takie widoki.
Nie wiem co to jest. Myślę, że zabudowania z czasów latyfundiów. Styl i sposób budowy i murowania ścian i łuków podobny jak w halach na Forum Trajana. Czyli zbudowane około 2000 lat temu. Zawsze robi na mnie wrażenie obcowanie z tak dawną historią. Tym bardziej na polu, koło domu w którym nocuję.