Przeskocz do treści

Krowice,
to są.
Nie pamiętam czy widziałem w naturze kozice.
Kozy, tak. Biorę od nich mleko i ser. Z Adampola, niedaleko Nadkola.
Mają 7 ha łąki i siedzą na drzewach jedząc gałęzie, albo na dachu jedząc gazetę. Może dlatego tak mi ich produkt smakuje?!

Poznaliśmy polsko-włoską parę z Wohnwagen i uroczym pitbullem.
Amore mio!
Prawie ich wyrzucili z kampingu za grill.
Grozi 7000 EUR kary. Tu wszystko jest verboten.
Pinkeln und Kotzen auch. Ale o tym później...

W nocy i rano leje.
Mamy Mannerschnitten, wodę i Bukowskiego.

Rano leje.
Mamy z Dyziem różne zdania na temat medium jakim jest śpiwór.
Ja się gubię.
Wkładam nogi do kaptura, potem nie znajduję zamka itd.
Dyzio od razu mości mi się w nogach. Znaczy w kapturze.
Przegapił przez to poranny Apfelstrudel, kupiony jeszcze nad Riegsee.
Bardziej Apfel, niż Strudel. Pyszny.

Pro memoria, tych chwil z zaspanym Dyziem.

Warunki reportera.

Zdjęcie załączam, ponieważ zapomniałem monety do prysznica z recepcji.
Dziś rano kąpałem się w jeziorze.
Wstyd powiedzieć, wypłukałem też szufladę z rozlanym dodatkiem do paliwa,
która była przyczyną moich wczorajszych zmartwień.

Kamping należy do Lorenzo.
Lorenzo jest grubym, łysym Włochem, z kitką i rogowymi okularkami.
Jest ulepiony ze starego twarogu. Poczułem antypatię. Stała (!) do niego kolejka. Usiadłem w fotelu i poprosiłem o zimny drink.
On też poczuł antypatię.
Ponieważ zarezerwowałem miejsce na Wohnwagen a jestem PKW, trzymał mnie w recepcji trzy kwadranse, narzekając.
Włoska świnia sprawdzała mnie dokładnie w internecie przez te trzy kwadranse.
Miałem czas a Dyzio się chłodził, na kamiennej posadzce.
Potem przyszedł na kolana i dał mi buziaka,
a Lorenzo dał mi najlepsze miejsce na swoim kempingu.
Polubiliśmy się.

Kemping jest nie w moim guście. Wszystko tutaj jest piękne.
Nawet wypchany zając w recepcji, stojący na dwóch łapkach.
Brama i Tamara Łępicka.
Są bardzo mili sąsiedzi ale też szlachetne towarzystwo z Wiednia.
Herr Buergermeister von Pinkelburg i Herr Hofraat von Kotzstein, z żonami.
Piją do upadłego, prowadząc inteligentne dyskusje.
Ich muss pinkeln gehen und ist mir ein wenig zum kotzen.

A tego Steyera żal. Chciałbym go mieć
Takie, w idealnym stanie pracują w Lunz am See.

Na noc nasza markiza została zwinięta i przyczepiona magnesami do ramy.
Szedł szturm.

Zostawiliśmy ją na żywopłocie, żeby dalej mokła, albo się suszyła
i musieliśmy jechać.
W lewo...
Gdzieś za Obertraun.

Czyli do Aussee.
Przez kolejną przełęcz.
Kopenpass.
Gdzieś tam jest Dachstein.

Aussee to Kur-Ort.
Nie robię zdjęć, bo nie ma gdzie zaparkować.

Wracamy.
Ale zbaczamy na obiad.
Nad potok.
Traun. Alles klar?
Strozzaparetti mit feinem Reh-Ragu und heimishcen Eierschwammeln mit Parmezan.
Nawet mi nie jest przykro.
Cały czas myślę czy Dyzio się nie przytruł.
Ale gdzie tam. Ragu go budzi do nad aktywności.

Dyzio nad Traun i struktury.
Jesteśmy w Steiermark, Salzkammergut.

W Traun pływają kajakarze ekstremalni.
Niektórzy przyjeżdżają pociągiem.
Który staje na przejeździe, żeby ich zabrać albo wysadzić.
Gdzieś na końcu pociągu biegnie pan z kajakiem na głowie, żeby nie blokować przejazdu.

Blick auf Obertraun.
Und mir fahren dann zuruck Ham.

Co nam się nie udaje.
Ron Goodwin & Co. każą na m ponownie zboczyć.
Z drogi.

Trafiamy na miejsce przyjazne dla psów.

Kolejka na Dachstein.

Na drugim zdjęciu wagoniki się minęły.
Zdrajca jedzie w tym z bombą...

Nie chcę zabierać Dyzia na górę.
Jesteśmy przygotowani, ale to może za długo i zimno trwać.
Nie mam lęku wysokości ale boję się mojej klaustrofobii.
W towarzystwie grupy Japończyków.
Wjedziemy tam J9.

Nur ein Scherz.
Wracamy na kemping. Korzystam ze słońca. Suszę klamoty a Dyzio odpoczywa.
Klarujemy wóz na noc, przygotowany na burze i deszcze...

Eh. Piszę na tarasie restauracji kempingu.
Dyzio śpi obok, w kabaciku, otulony kocykiem.
Właśnie przyszła żona Lorezo.
Włożyła mi dwie poduszki pod dupę i otuliła kocem.
Podwójnie.
Wzruszyłem się.
Kiedyś mogłaby być piękną Włoszką; ale nie była.

Lubię te wszystkie włoskie świnie.

Dyzio już gotowy do kolejnych akcji.

Zostawiliśmy klar i idziemy do restauracji Lorenzo,
która dziś już nie jest taka okropna jak wczoraj.
Wieder eine Ehrafahrung...